Aktualności

Trochę opowieści, czyli Rowerami przez Kubę śladami Buena Vista Social Club i nie tylko... 21 sierpnia 2009 roku

Zawsze gdy wracamy z podróży słyszymy pytanie: „A jak tam jest?”

Dla tych, którzy też z chęcią zapytaliby nas o to mamy kilka opowiastek. Poczytajcie:

Bicicleta No!

- Bicicleta Si!

- Bicicleta No!

- Si!

- No!

- Jak to No? Kobieto, przecież mamy bilety, o tutaj! Popatrz!

- No i co z tego? Rowerów nie zabieramy. Telewizorów też nie!

- No ale…?!

- Bicicleta Nooooooooooooo!

Przewożenie roweru koleją na Kubie jest tak samo możliwe jak weekendowa wycieczka na Księżyc. Na wyspie istnieje zakaz choćby wprowadzania rowerów na teren dworców a Gringos myśleli, że przewiozą je na drugi koniec wyspy.  Sprawiedliwości jednak stało się zadość. Pesos odzyskaliśmy bo pociąg spóźnił się… 12 godzin.

W Bayamo – stolicy prowincji o tej samej nazwie poczciwa obywatelka nakazała nam zabranie rowerów z parku.

- Dlaczego?

- Bo tak! Nie wolno i już!

Zignorowanie tego polecenia skończyło się jakże krótkim i znanym nam dialogiem z przedstawicielem władzy.

- Dlaczego?

- Bo tak. Zabierać rowery! Ich miejsssce jest na jezdni! Nie w parku! No juuuż! - syknął policjant. A z władzą nie ma dyskusji.

Opowiastka o pawiach

Przyjaźń pomiędzy Kubą a ZSRR zaowocowała budową prowadzącej niemal przez całą wyspę autostrady. Wprawdzie droga ta nigdy nie została ukończona, zapewne w związku z ukończeniem przyjaźni, to jednak stanowi ważną arterią łączącą oba krańce wyspy.

Rowerzyście podróżuje się nią całkiem przyjemnie, musi jednak uważać na samochody jadące pod prąd (często pasy prawy i lewy nie są od siebie oddzielone), powozy krowie i konne oraz kubańskie riksze rowerowe.

Niewielki ruch drogowy prócz autobusów stanowią ciężarówki wiozące ludzi na krótkich dystansach i stare amerykańskie krążowniki szos, z posiadania których kubańscy Machos są dumni jak pawie, a które to pamiętają jeszcze czasy przedrewolucyjne. Cała Hawana usiana jest Pontiackami, Buickami, oraz Fordami, w których z ochoczym zacięciem dłubią pawie, pardon Machos.

Polską myśl motoryzacyjną reprezentują poczciwe Fiaty 126p a rosyjską dziesiątki Lad.

Opowiastka palce lizać!

- Poproszę to, to i to!

- Nie ma!

- To co jest?

- Pizza i spaghetti!

- Poproszę!

Dialogi w jadłodajniach wyglądają podobnie. Nie warto dumać nad kartą i rozbudzać wyobraźni swojego żołądka. Lepiej od razu pytać co jest i zamawiać póki jest. To nic że zazwyczaj dostaniemy rozgotowany makaron nazwany nieco na wyrost spaghetti czy placek oblany sosem pomidorowym, z serem o specyficznym mocnym smaku. Przy czym określenie mocny jest wynikiem usilnego szukania synonimu słów, których publikować nie wypada.

Kubańczycy jedzą to co aktualnie jest dostępne. Prócz wspomnianych dań z importu (a przynajmniej z importowaną nazwą) są to zazwyczaj bułki z parówką, jajka w formie omletu oraz danie narodowe - „Congris”, czyli ryż z czarną fasolą.

Kubańska kuchnia nie dostarcza wyrafinowanych wrażeń, ale w błędzie są Ci, którzy uważają, że panuje tu głód i niedostatek. Pomijając zupełnie fantastyczne owoce sezonowe takie jak papaja, mango, avocado i ananas, tubylcy nie mają także problemów z dostępnością mięsa czy ryb i innych owoców morza. Z jakiegoś jednak powodu dużym minusem kubańskiego menu jest  szybko czerstwiejące pieczywo, które sprzedawane jest wyłącznie w formie białych lub żółtych bułek. Zresztą, może to akurat Kubańczykom odpowiada? Nasi gospodarze z wielkim uporem podawali nam pieczywo stostowane tak, że było twarde jak kamień.

Niezależnie od pory dnia i temperatury, zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz butelki z trunkiem wszystko zapijane jest rumem. W wiejskich sklepikach prym wiodą puszkowane napoje o wściekle słodkim smaku.

Opowiastka o ostatnich. Choć nie ostatnia

- Ultimo?

- Jo!

Zaczyna się niewinnie. Pytamy kto ostatni i zajmujemy miejsce w kolejce.  Po czym pani w zielonym  przed nami postanawia się upewnić czy pani w czerwonym przed nią na pewno stoi przed nią, i czy czasem nie wpuściła do kolejki kogoś jeszcze. Bo jeśli by wpuściła, to…, to nie ma mocnych, spór jak nic, gestykulacje, krzyki, złowrogie spojrzenia i dziesiątki innych ostentacyjnych gestów.

A musimy pamiętać o tym, że droga do każdych drzwi na Kubie prowadzi przez kolejkę. Czy to bank, knajpa, poczta, czy sklep swoje musimy wystać. I lepiej wyjąć wówczas z bagażu zabraną ze sobą dawkę cierpliwości. Bez niej, nie ma mowy o załatwieniu czegokolwiek na wyspie, no chyba że mamy odpowiednią ilość pesos, najlepiej tych „dolarowych pesos”…

Opowiastka o  równości

Na wyspie panuje wszechobecna równość, za którą niejeden „Che” przelał krew nie tylko swoją ale i innych. Równość jednak to względne pojęcie, bowiem wśród równych możemy jeszcze wyróżnić równiejszych.

Rząd długo opierał się przed naporem turystyki masowej która bezcenne bogactwa Kuby zbezcześci do cna nie pozostawiając nic w zamian. Jednak nawet najbardziej oporny z opornych nie pozostanie obojętny wobec wyciągniętej zachodniej dłoni pełnej zieloniutkich banknotów. Banknoty te należało jedynie przemianować na „peso convertible” i uzbroić w wizerunki lokalnych bohaterów. Co też na Kubie uczyniono tworząc dwie waluty: lokalną (moneda nacional), dla mieszkańców, i turystyczną (peso convertible) dla przybyszów, która wyparła z obiegu dolara amerykańskiego. Stosunek peso lokalnego do turystycznego wynosi około 1:24.

Podróżując rowerem masz styczność z ludnością w miejscach, których nie mają w swoim planie zwiedzania inni podróżnicy.  A nawet jeśli by mieli to je szybko zweryfikują, bo ze względu na tajfun droga którą mogli by tam trafić jest już tylko mrzonką. Bardzo często korzystaliśmy, więc z lokalnej waluty płacąc głównie za żywność, i wodę.

Wielu co bardziej przedsiębiorczych kubańczyków próbuje wmówić obcokrajowcom, że obowiązują ich ceny w stosunku 1:1. Należy się wtedy ostentacyjnie popukać w czoło, wyraz twarzy uformować w „chyba żartujesz amigo” i odejść. Jeśli natomiast ceny te uwarunkowane są przez jakąkolwiek instytucję - na przykład cmentarz w Hawanie, nie ma zlituj się. Trzeba płacić.

Opowiastka o maj-friendach i łer-du-ju-fromach

- Heloł maj friend, łer du ju from?

- From Polonia

- Fajn. Ju plej basketball maj dir friend?

- No!

- Du ju nid cigars maj friend?

- No!

- Aj noł gud casa! (miejsca noclegowe wynajmowane przez Kubańczyków w ich prywatnych domach)

- No, thanks!

- mejbi ju ken giw mi łon dolar maj dir friend?

- Noooooo!

- Noł problem maj dir friend

… a po kilku takich dialogach:

- Heloł maj friend, łer du ju from?

- That’s not your business!

- Noł problem maj dir friend

Sposobów na przywołanie obcokrajowca na Kubie jest wiele. Poczynając od cmokania na posykiwaniu kończąc. Jednak zdecydowanie najpopularniejszy jest okrzyk „Majfriend!” Od ciągłego powtarzania utworzyła się z tego całkiem nowa zbitka dźwiękowa, wyjątkowo odległa od oryginału zarówno w wymowie jak i w znaczeniu.

Słysząc kubańskie „my friend” turysta wzmaża pieczę nad swoim portfelem. Nie ważne czy chodzi o polecenie hotelu, restauracji, zaoferowanie przejażdżki samochodem lub dorożką lub siebie w roli przewodnika, wiadomo że ten zwrot skończy się oczekiwaniem jakiejś formy zapłaty lub zapomogi.

Opowiastka muzyczna

- Juan de Marcos? Wyjechał do Meksyku. Już od dawna nie mieszka w Hawanie.

- Omara? Guajiro? Koncertują w Europie.

- Cachaito? Umarł cztery miesiące temu.

- Ibrahima znajdziecie w szóstej alejce Cementerio de Santa Ifigenia.

- Możemy zobaczyć studio?

- No possibile, trwa sesja nagraniowa.

- A kiedy będziemy mogli?

- Nie wiem.

Śladami Buena Vista Social Club. Z tą myślą ruszaliśmy na Kubę. Ibrahima Ferrera odnaleźliśmy na cmentarzu w Hawanie. W tym samym miejscu spoczywa pianista Ruben Gonzalez, jego nagrobka jednak nie udało nam się odszukać. Basista Orlando „Cachaito” Lopez zmarł w lutym bieżącego roku. Compay Segundo pochowany jest w Santiago de Cuba. A reszta? Reszta muzyków koncertuje w Europie. Omara Portuondo w grudniu ubiegłego roku zagrała we Wrocławiu.

Próbowaliśmy wejść do studia nagraniowego Egrem. To tu powstała większość nagrań z muzyką kubańską. Niestety, ze względu na trwającą sesję nagraniową było to niemożliwe. Nie pomogła legitymacja dziennikarska. Nie pomogły nam rekomendacje wytwórni Word Circuit z Londynu (właściciel praw do nagrań sygnowanych logo „Buena Vista Social Club ®”) Nie pomogły nawet błagalne oczy (tak, tak jak tego kota z filmu).

Więcej materiałów na temat naszej podróży w kontekście muzycznym znajdzie się niebawem na naszej stronie internetowej: www.nakrancach.pl

Opowiastka o dwóch kółkach

Ponad tysiąc kilometrów kubańskich dróg i bezdroży przejechał mój rower. Leader Fox Point bo o nim mowa, to naprawdę mocna maszyna zbudowana na ramie wielkości 23 cale. Zaopatrzona w solidny osprzęt i komplet podstawowych narzędzi pewnie nawijała kolejne kilometry łańcucha. Wyprodukowana w Republice Czeskiej (1:0 w walce z chińczykami!)

Przez wyspę podróżowaliśmy w trakcie pory deszczowej, co przekładało się na konieczność poświęcenia większej uwagi rowerowi. Każda choć raz ruszona imbusem śrubka niemal natychmiast pokrywała się rdzą, podobnie jak łańcuch, który wymagał prawie codziennego smarowania. W prowincji Oriente, gdzie asfalt stał się mrzonką po wizycie tajfunu uszkodzenia doznał bagażnik. Niestety doprowadziło to do późniejszego pęknięcia 3 szprych w tylnim kole w prowincji Pinar del Rio. Mimo to rower funkcjonował dalej pozwalając nam na kontynuację podróży. W trakcie miesiąca nie doszło do przebicia dętki, co jest pewnie zasługą mocnych opon Schwalbe.

Podsumowując tę opowiastkę, która pełni również rolę podziękowania firmie Leader Fox, chciałbym podkreślić, iż rower trekkingowy Point to dobry wybór na długie trasy z sakwami. Niestety. Rower ma fajny wygląd, toteż przez całe trzydzieści dni musiałem grzecznie odrzucać propozycje zamiany go na rikszę, konia lub rower Made In Cuba.